We Lwowie łatwo jest porozumieć się z mieszkańcami, można po polsku
pytać o drogę, trafimy bez kłopotu nawet jeśli zapytany odpowiada nam po ukraińsku.
Radzę zwiedzać Lwów z co najmniej dwoma przewodnikami, najlepiej jednym
napisanym przez ukraińskiego autora. Dowiemy się, że w Pałacu Potockich hucznie
bankietowała polska szlachta, zadumamy się nad odpowiedzią radzieckiego
kosmonauty indagowanego przez małego chłopca, o to czy widział za chmurami
Boga, a pytanie padło właśnie w muzeum ateizmu (dziś muzeum religii). Ciekawe
historie miejskie są okraszone niezmiernie ciekawymi uwagami, bardzo
interesującymi choćby w kontekście stosunków dzisiejszych polsko-ukraińskich. Nie
wszystkie są przeznaczone dla polskiego turysty szukającego we Lwowie tylko
śladów polskości. Ale ja chciałam ogarnąć cały Lwów, z jego wszystkim odsłonami,
przynajmniej tymi najbardziej dla miasta charakterystycznymi.
Uderza mnie, zauważony także przez innych polskich turystów, widok tłumu
lwowian nie tylko na Prospekcie Swobody, ale w parkach, na skwerach, ulicach. Mam
wrażenie, że duża część lwowskiego życia towarzyskiego i rodzinnego rozgrywa się
na parkowych ławkach, w ogrodach. Na ławkach gra się w warcaby lub szachy,
zawiązuje sojusze, spiskuje, flirtuje, czemu sprzyja lipcowe słońce. Dawno nie
widziałam tak wielu ludzi wyległych na ulice, w nastroju radosnego oczekiwania,
pomimo wszystko: ciężkich warunków materialnych, powszechnie krytykowanej
sytuacji politycznej, a może właśnie wbrew temu. Dziwnie to kontrastuje z ogólnym
wrażeniem uśpionego, ale jak widać, ciągle żyjącego miasta.