Jak wspomniałam na wstępie, nie byłam przygotowana do wyjazdu do Lwowa
i długo się wahałam, czy jestem na to gotowa, bardziej podświadomie niż świadomie
spodziewając się ogromu emocji, czego zwykle panicznie się boję i unikam za
wszelką cenę. Ale tym chętniej teraz zabiorę się za książkę Jerzego Michotka „Tylko
we Lwowie” i „Łyczaków dzielnica za Styksem” Stanisława S. Niciei, później pewnie
jeszcze wiele innych. Uważniej zamierzam śledzić lwowskie wątki choćby w poezji
Zbigniewa Herberta, dla mnie to niespodziewane odkrycie lwowskich korzeni poety.
Miałam szczęście w trakcie pobytu we Lwowie przeglądać piękny album z jesiennozimowymi
fotografiami Lwowa objaśniany przez przewodnika, którym była bliska mi
osoba mieszkająca we Lwowie, uzupełniło to moje piesze wycieczki po mieście.
Ponieważ my wszyscy, związani lub całkowicie niezwiązani ze Lwowem,
jesteśmy podatni na to co Stanisław Nicieja tak trafnie nazywa „mitologizacją
niezwykłości Lwowa”2, staje się to w pewnym stopniu barometrem naszej własnej
wrażliwości w ogóle. Lwów to miasto ciągle zanurzone w historii, żyjące w
odrętwieniu po traumatycznych przejściach. Nie wiadomo, kiedy się przebudzi i
powróci do dawnej świetności, choć jest ciągle żywym miastem serdecznie
przyjmującym odwiedzających. Nie zachęcam gorliwie do jego odwiedzenia, to zbyt
szczególne miejsce na krótką, treściwą wycieczkę. To raczej podróż na wschód, przez
wszystkie odcienie carskiej zieleni Kongresówki aż do samej Lodomerii. Dalszy ciąg
naszej podróży to trasa przez Karpaty, by dotrzeć na Węgry c.k. szlakiem. Niezwykłe
misterium karpackie, w którym towarzyszy nam muzyka skomponowana przez
ormiańskiego kompozytora Komitasa (1869 – 1935), „Hymny Bożej Liturgii”, to już
temat na zupełnie inną opowieść.
10 sierpnia 2004, 00:50
2 Wykład Stanisława S. Niciei w trakcie wieczoru akademickiego na Uniwersytecie Śląskim.